wróæ skomentuj |
Tomasz W³odek
HomeschoolersiTomasz W³odek - ur. 1965, pracownik naukowy, przebywa w USA, publikuje w miesiêczniku „W Drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Amerykañskie szko³y publiczne - jak o tym niegdy¶ pisa³em - nie s± rewelacyjne. Nale¿y jednak mieæ w pamiêci dwa zastrze¿enia. Po pierwsze, miêdzy okrêgami szkolnymi w Ameryce istniej± potê¿ne ró¿nice. Szko³y s± utrzymywane z lokalnych podatków od nieruchomo¶ci (oraz z funduszy federalnych - przyp. Natalia Dueholm), zale¿nych od warto¶ci domów w okolicy. Je¿eli domy s± drogie (czyli mieszkaj± w nich ludzie bogaci), to wp³ywy z podatków s± wysokie i szko³y bogate. I na odwrót: w okolicach biedniejszych domy s± tañsze, a przez to podatki mniejsze - i szko³y biedniejsze. Zreszt± ca³kiem mo¿liwe, ¿e jest dok³adnie na odwrót: to nie ceny domów powoduj±, ¿e szko³y s± dobre, ale poziom szkó³ podnosi warto¶æ domów. Za t± hipotez± przemawia fakt, ¿e w dzielnicach biedoty wielkich miast, w których poziom szkó³ publicznych bywa kompromituj±cy, mog± funkcjonowaæ i funkcjonuj± ca³kiem przyzwoite prywatne szko³y katolickie utrzymuj±ce siê za u³amek kosztów potrzebnych szko³om publicznym. Zastrze¿enie drugie brzmi: gdy ludzie mówi± „amerykañskie szko³y s± marne”, to w domy¶le dodaj±: „Nie to, co nasze, polskie”. Otó¿ nieprawda. Szko³y amerykañskie mog± byæ marne, ale to nie znaczy, ¿e polskie s± rewelacyjne. O ile uczniowie elitarnego krakowskiego czy warszawskiego liceum mog± nie mieæ w stosunku do Amerykanów kompleksów, o tyle poziom przeciêtnej polskiej szko³y jest niewiele lepszy, o ile nie gorszy, od amerykañskiej. Z t± ró¿nic±, ¿e w Ameryce wszyscy sobie zdaj± sprawê z niedostatków szkolnictwa publicznego, podczas gdy w Polsce ludzie tkwi± w samozadowoleniu. Tyle zamiast wstêpu - a teraz „prasówka”. Przeczyta³em, ¿e minister edukacji Krystyna £ybacka wyda³a dwa zarz±dzenia. Pierwsze dotyczy³o wprowadzenia obowi±zku nauczania w szko³ach prywatnych wed³ug jednolitej siatki godzin, tak samo jak w szko³ach publicznych. Teoretycznie chodziæ mia³o to, ¿eby szko³y prywatne spe³nia³y normy. Zacznijmy od tego, ¿e Ministerstwo Edukacji Narodowej powinno zajmowaæ siê tylko i wy³±cznie nadzorem szkó³ publicznych, od prywatnych trzymaj±c siê z daleka. Dlaczego? Dlatego, ¿e je¿eli kto¶ zak³ada szko³ê prywatn±, to najprawdopodobniej czyni tak w³a¶nie dlatego, aby w niej nieuczyæ wed³ug programów obowi±zuj±cych w szko³ach publicznych - w przeciwnym razie jego szko³a by³aby zwyk³± szko³± publiczn±, tyle ¿e p³atn±. Szko³y prywatne powinny stanowiæ poligon, na którym - na prywatny koszt ludzi, którzy za w³asne pieni±dze posy³aj± tam swoje dzieci - testuje siê nowe podrêczniki i programy nauczania. Gdy po pewnym czasie widaæ bêdzie, które s± wyra¼nie lepsze, wtedy nale¿y kopiowaæ ich metody i przenosiæ je do szkó³ publicznych. Jednak od zarz±dzania szko³ami prywatnymi MEN powinien siê trzymaæ z daleka! Niestety, administracja szkolna panicznie boi siê konkurencji i stara siê j± zniszczyæ w zarodku. Jak pisa³em („W drodze” 7/2002), w miarê wzrostu liczby szkó³ niepublicznych MEN rozpocznie bezwzglêdn± akcjê ich niszczenia. Próba narzucenia szko³om prywatnym jedynego s³usznego programu nauczania przez pani± minister to dopiero pocz±tek. Na szczê¶cie komunizm siê skoñczy³ (przynajmniej oficjalnie) i reakcja prasy by³a natychmiastowa: minister zosta³a zmuszona do wycofania siê z projektu. Tylko, ¿e w zamêcie nikt nie zauwa¿y³ innej wydanej przez ni± ustawy. Zakazuje ona dzieciom, które maj± indywidualny tok nauczania, uczestniczenia w zajêciach szkolnych w szko³ach publicznych. O co chodzi? To te¿ jest próba zniszczenia konkurencji, zanim siê ona zd±¿y narodziæ. Rzecz wymaga wprowadzenia. Ciekawym aspektem amerykañskiego systemu edukacyjnego jest tzw. homeschooling, czyli nauczanie w domu. W Stanach Zjednoczonych mo¿na nie pos³aæ dziecka do szko³y. I wielu ludzi tak robi! Ruch ten zacz±³ siê przed æwieræwieczem, gdy niektórzy z rodziców zdenerwowani przestêpczo¶ci± panuj±c± w szko³ach, handlem narkotykami, a tak¿e programami nauczania stanowi±cymi zawoalowan± formê lewackiej indoktrynacji zaczêli odmawiaæ posy³ania swoich dzieci do szkó³, ucz±c je w domu. Administracja szkolna momentalnie zw±cha³a zagro¿enie i pierwszych pionierów bojkotu szkó³ publicznych zaczêto wtr±caæ do wiêzieñ, a nawet groziæ im odebraniem praw rodzicielskich. Dosz³o do spektakularnych procesów s±dowych, wielokrotnych apelacji. W obronie rodziców odmawiaj±cych pos³ania dzieci do szkó³ stanê³y Ko¶cio³y, organizacje obywatelskie i niektórzy politycy. W koñcu walka zakoñczy³a siê pe³nym sukcesem. W kolejnych rozprawach we wszystkich 50 stanach rodzice wywalczyli prawo do uczenia dzieci w domu. W niektórych stanach rodzice mog± uczyæ dzieci sami, ale dzieci musz± co rok czy dwa zdawaæ egzaminy w okrêgu szkolnym, w innych wystarczy wys³aæ list do kuratorium: „Moje dziecko nie bêdzie chodziæ do szko³y” i kwita (w niektórych stanach, np. Illinois nawet tego nie trzeba robiæ - przyp. Natalia Dueholm). Stany Zjednoczone sta³y siê pierwszym na ¶wiecie nowoczesnym krajem, w którym zlikwidowano powszechny przymus nauczania. Zgodnie z prawem Parkinsona (por. „W drodze” 8/2002) celem istnienia administracji zarz±dzaj±cej szko³ami publicznymi nie jest zarz±dzanie szko³ami i troska o zapewnienie im jak najwy¿szego poziomu, ale walka o zapewnienie jak najwiêkszego bud¿etu administracji zarz±dzaj±cej szko³ami. Z tego powodu administracja traktuje sieæ amerykañskich szkó³ katolickich jak sól w oku, gdy¿ utrzymuj±c siê za wielokrotnie mniejsze pieni±dze, stanowi± one dowód strasznego marnotrawstwa ¶rodków w szko³ach publicznych. Pojawienie siê ruchu rodziców ucz±cych dzieci w domu stanowi³o kolejne zagro¿enie, któremu nale¿a³o daæ odpór: argumentowano, ¿e nie mo¿na „niekompetentnym” rodzicom powierzyæ nauczania dzieci, ¿e dzieci pozbawione kontaktu z rówie¶nikami nie bêd± siê prawid³owo rozwijaæ i tak dalej. ¯ycie obala³o podobne argumenty jeden po drugim. Szybko okaza³o siê, ¿e homeschooling to prawdziwy przemys³ obejmuj±cy dzisiaj miliony dzieci. Powsta³y wydawnictwa i czasopisma oferuj±ce pomoc rodzicom chc±cym samodzielnie uczyæ dzieci. Rodziny ucz±ce dzieci w domu zaczê³y tworzyæ grupy wsparcia, najczê¶ciej by³y to mniej lub bardziej formalne kluby oraz dru¿yny harcerskie przy parafiach. Homeschooling obecny jest w amerykañskim pejza¿u od ponad 20 lat i po tym, jak pierwsze pokolenia przesz³y ju¿ przez „domowe szko³y” od podstaw a¿ do bram college'ów, mo¿na pokusiæ siê o podsumowanie: dzieci, które nie chodz± do szko³y, podczas przyjmowania na studia wygrywaj± w cuglach ze swoimi szkolnymi rówie¶nikami. College'e wrêcz walcz± o homeschoolersów, np. oferuj±c im stypendia i zni¿ki czesnego, albowiem podnosz± oni wyra¼nie poziom. Brak rówie¶ników te¿ zreszt± dzieciom nie szkodzi - maj± czêsto swoje ¶rodowisko znajomych z innych rodzin homeschoolersów. Tym bardziej, ¿e kontakt z rówie¶nikami w szkole mo¿e nie byæ takim znowu b³ogos³awieñstwem i oznaczaæ przemoc, bicie m³odszych czy wrêcz narkotyki. Ludzie, jak zauwa¿y³ Milton Friedman, wierz± w socjalistyczne szko³y, gdy¿ sami je koñczyli. Wiêkszo¶ci nie mie¶ci siê w g³owie, ¿e matka przy stole kuchennym mo¿e nauczyæ dziecko wiêcej ni¿ szko³a. Tymczasem - gdy siê nad tym zastanowiæ - to powinni¶my siê dziwiæ, jak to mo¿liwe, ¿e szko³a jest w stanie nauczyæ kogokolwiek czegokolwiek! Wszak jest oczywiste, ¿e trzylatek siedz±cy z matk± na tapczanie przez kilka godzin dziennie mo¿e siê nauczyæ czytaæ (je¿eli naukê przerywa siê zabaw±), a ten sam trzylatek pos³any do przedszkola nie ma na to ¿adnych szans! Dziecko, które uczy siê rachunków z matk± w domu, nauczy siê szybciej i lepiej ni¿ to samo dziecko siedz±ce w klasie z 25 kolegami, gdzie nauczycielka ma dla niego statystycznie kilka minut dziennie! W dodatku typowa matka bêdzie mia³a do swojego dziecka wielokrotnie wiêcej cierpliwo¶ci ni¿ nauczycielka do cudzego. Rodzice s± niewykwalifikowani, aby uczyæ? Nie przesadzajmy. W szkole podstawowej - jak sama nazwa wskazuje - uczy siê rzeczy podstawowych. Je¿eli rodzic (czyli cz³owiek doros³y!) nie jest w stanie siê nauczyæ czego¶ na tyle, ¿eby to potem przekazaæ dziecku, to znaczy, ¿e jest to temat, którego nie warto uczyæ dziecka, bo jakim cudem ma go zrozumieæ, je¿eli doro¶li nie mog±? Gdy by³em w szkole podstawowej, program nauczania zak³ada³, ¿e na fizyce mieli¶my poznaæ podstawy mechaniki kwantowej. Pani nauczycielka zaczê³a wyk³adaæ, co to jest kwant. Nic z tego nie rozumieli¶my. Dzisiaj wiem, ¿e pani nauczycielka te¿ nie rozumia³a, wiêc po co siê bawiæ w fikcjê? Dzieci w szko³ach publicznych przechodz± przez pierwsz± i drug± klasê z bardzo marn± umiejêtno¶ci± czytania - i to siê potem za nimi wlecze przez d³ugie lata. Dziecko niemaj±ce opanowanych podstaw bêdzie zawsze mia³o problemy. Zaczê³oby biegle czytaæ, gdyby posiedzia³o codziennie w domu z rodzicami minimum pó³ godziny. Nie rozumiem ludzi, którzy my¶l±, ¿e wystarczy samo chodzenie do szko³y. Dzieci umiej± czytaæ nie dlatego, ¿e chodz± do szko³y - dzieci umiej± czytaæ pomimo chodzenia do szko³y! Tego musz± nauczyæ rodzice, na szko³ê nie ma co liczyæ! Uczenie w domu sprawia, ¿e dzieci maj± podstawy: czytanie, pisanie i rachowanie opanowane biegle, wielokrotnie lepiej ni¿ ich rówie¶nicy. Gdy dziecko nie ma problemu z czytaniem, dalsze nauczanie staje siê prawie zbêdne. Nastêpuje taki moment, ¿e samo zaczyna czytaæ, wch³aniaj±c ksi±¿ki jedn± po drugiej. Wiêkszo¶æ uczniów w szko³ach publicznych tego poziomu nie osi±ga przez wiele lat, gdy¿ czytaj±, „dukaj±c”, przez co ksi±¿ki s± dla nich udrêk±. Praktycznie a¿ do koñca szko³y podstawowej nie ma powodu, aby dziecko chodzi³o do szko³y. Typowi rodzice w zupe³no¶ci s± w stanie uczyæ je wszystkiego. Problemy mog± siê zacz±æ dopiero w liceum - ostatecznie nie ka¿dy mo¿e uczyæ podstaw rachunku ró¿niczkowego czy jêzyka obcego. Z tym rodzice homeschoolersów radz± sobie rozmaicie. Jedni koñcz± naukê w domu na szkole podstawowej i posy³aj± dziecko do liceum. Inni stosuj± rozwi±zanie kombinowane: czê¶ci przedmiotów ucz± w domu, a na pozosta³e posy³aj± dziecko na zewn±trz. Ameryka jest naprawdê wspania³ym krajem, je¿eli chodzi o mo¿liwo¶ci edukacyjne, które daje wszystkim chêtnym do nauki! Ameryka to równie¿ kraj fantastycznych bibliotek publicznych - ¿al mnie ¶ciska, gdy porównujê biblioteki, które widzia³em czêsto w kompletnych dziurach, z bibliotekami w sto³eczno-królewskim Krakowie, europejskim mie¶cie kultury. Na ka¿dym kroku mo¿na spotkaæ rozmaite community colleges, w których w dowolnym wieku za stosunkowo niewielkie pieni±dze mo¿na siê uczyæ wszystkiego. Od sztuki uk³adania kwiatów po latanie szybowcem, naprawianie silników ³odzi, podstawy matematyki, jêzyki obce czy kursy informatyczne. Wybór jest niesamowity - tylko braæ. I rodzice posy³aj± pociechy na wybrane kursy, aby tam uzupe³ni³y wiedzê. Inni ³±cz± siê w grupy rodzin homeschoolersów na zasadzie: „Bêdê uczy³ twoje dzieci francuskiego, a ty moje matematyki”. Jeszcze inni posy³aj± dzieci na wybrane przedmioty do liceum. Tu czêsto dochodzi do staræ prawnych, gdy¿ okrêgi szkolne patrz± na homeschoolersów raczej niechêtnie. Jedne szko³y pozwalaj± na posy³anie dzieci w niepe³nym wymiarze godzin, inne nie. Bywa, ¿e rodzice kieruj± wówczas sprawê do s±du: „P³acimy podatek szkolny i mamy prawo do pos³ania dziecka do szko³y, a to, ¿e chcemy skorzystaæ tylko z czê¶ci wyk³adanych przedmiotów, to nasza sprawa”. Istnieje jeszcze jedno podej¶cie do kwestii, jak uczyæ przedmiotu, którego rodzice uczyæ nie potrafi±. Brzmi ono: nie uczyæ. Musimy zrozumieæ, ¿e wiedza przekazywana w szkole jest w 90% (lub wiêcej) nikomu do niczego nie potrzebna. Uczy siê jej z rozpêdu, gdy¿ jeste¶my terroryzowani przez intelektualistów: „To jest wiedza podstawowa, któr± ka¿dy musi mieæ”. Z tego powodu w szko³ach uczy siê np. podstaw filozofii (która 99% populacji jest zbêdna), a nie prowadzi kursów na prawo jazdy (mimo ¿e np. w Ameryce mo¿na ¿yæ bez butów, ale bez samochodu - nie). Jeszcze w podstawówce o¶wiadczy³em pani nauczycielce, ¿e moje zasoby pamiêciowe s± zbyt cenne, abym mia³ je za¶miecaæ g³upotami, i dotrzyma³em s³owa. Dzisiaj mogê z dum± twierdziæ, ¿e szko³ê skoñczy³em i siê nie da³em og³upiæ. Nie tylko nie wiem, czym orzecznik siê ró¿ni od orzeczenia, ale równie¿ nie chcê tego wiedzieæ i odmawiam nauczenia siê tego! I ta niewiedza w niczym mi w ¿yciu nie przeszkadza - nawet w pisaniu wypracowañ do gazet i zarabianiu na nich pieniêdzy! Szko³a amerykañska tym siê ró¿ni od polskiej, ¿e co prawda oferuje wiedzê na bardzo niskim poziomie, ale zainteresowanym i uzdolnionym daje kolosalne mo¿liwo¶ci poszerzania zainteresowañ na bardziej zaawansowanych kursach. Typowy amerykañski licealista przez ca³± szko³ê nie nauczy siê na przedmiotach ¶cis³ych tyle, ile polski licealista w pierwszej klasie liceum (sprzed reformy). Jednak amerykañski nastolatek, który jest uzdolniony matematycznie, ma ogromne mo¿liwo¶ci zaliczania nadobowi±zkowych przedmiotów na ca³kiem przyzwoitym poziomie. Co jest lepsze: czy warto - jak w Polsce - doprowadzaæ do sytuacji, w której dzieci sikaj± w majtki ze strachu przed klasówk±, a po skoñczeniu szko³y i tak wszystko zapomn±, czy machn±æ rêk± na wiêkszo¶æ i uczyæ tylko tych, którzy naprawdê chc±? Ostatecznie, je¿eli kto¶ ma ca³e ¿ycie byæ kierowc± autobusu, sprzedawc± polis ubezpieczeniowych lub mechanikiem samochodowym, to znajomo¶æ teorii wzglêdno¶ci naprawdê nie jest mu do niczego potrzebna. O Freudzie ani Marksie nie mówi±c. Tak samo jak mo¿na prze¿yæ szczê¶liwie ¿ycie i nie znaæ odpowiedzi na pytanie, co jest podmiotem lirycznym w wierszu Kochanowskiego „Lipa”. Ludzie maj± rozmaite zainteresowania i uzdolnienia. Edukacja powinna polegaæ na tym, aby je rozpoznaæ, a potem rozwijaæ, nie trac±c zbyt wiele czasu na rzeczy, do których dziecko nie ma ani predyspozycji, ani chêci, i których i tak siê nie nauczy. Jak pisa³ w swoich wspomnieniach Kornel Makuszyñski, nawet na mêkach nie by³ w stanie wypowiedzieæ czego¶ sensownego o trygonometrii, ale nauczyciel by³ cz³owiekiem rozs±dnym, wiedzia³, ¿e czyta pod ³awk± Horacego, wiêc przepycha³ Kornela z klasy do klasy na trójach. I Makuszyñski wyszed³ na ludzi. Znam i przypadki odmienne: uczniów, którzy pod ³awk± czytali „Wstêp do analizy funkcji zespolonych”, a nawiedzona polonistka z poczuciem misji wyrywa³a ich do tablicy, torturuj±c pytaniem: „Co poeta chcia³ powiedzieæ?”. Pytanie brzmi: czy warto katowaæ uczniów wiedz±, któr± i tak momentalnie zapomn±, czy odpu¶ciæ im czê¶æ materia³u po to, aby mogli szybciej siê specjalizowaæ w tym, w czym naprawdê mog± byæ dobrzy? To nie jest pytanie retoryczne. Mam przed oczyma przyk³ad grupy uniwersyteckiej, która wygra³a milionowy grant (w dolarach) od amerykañskiego Departamentu Energii na budowê do¶æ nowatorskiego systemu obliczeniowego. W¶ród zwyciêzców jest Jim, lat trzyna¶cie, którego zdolno¶ci odkry³ jeden z profesorów podczas wystawy sprzêtu komputerowego. Uniwersytet bardzo chêtnie chcia³by mu p³aciæ i mieæ go na etacie, ale ustawy o zakazie zatrudniania ma³oletnich nie pozwalaj± na to, tote¿ Jim na razie pracuje za darmo. W pracy przeszkadza³a mu szko³a, wiêc poszed³ do nauczycieli i o¶wiadczy³, ¿e ma wa¿niejsze rzeczy na g³owie ni¿ szko³ê i chce odwaliæ rok szybko, by móc pracowaæ. Szko³a posz³a mu na rêkê. Pozwolono mu zaliczyæ rok w dwa tygodnie i Jim mo¿e siê zajmowaæ tym, co go naprawdê interesuje. Dobry programista mo¿e zarobiæ i 10 tysiêcy dolarów miesiêcznie, wiêc gdy tylko dojdzie do wieku, w którym bêdzie móg³ legalnie zarabiaæ, z czystym sumieniem opu¶ci szko³ê i zajmie siê ¿yciem. Obawiam siê, ¿e w Polsce by to nie przesz³o, a nauczyciele zareagowaliby w nastêpuj±cy sposób: „A co mnie obchodzi, ¿e ty chcesz ju¿ teraz pracowaæ w projektach naukowych? Teraz masz chodziæ do szko³y i uczyæ siê historii sztuki, bo tego wymaga ogólne wykszta³cenie”. Czy by³oby lepiej zmuszaæ go do siedzenia w klasie i katowaæ rzeczami, do których nie ma serca? Historyka literatury pewnie siê z niego nie zrobi i tak, ale mo¿na zmarnowaæ ten talent, który ma. Marnotrawstwo m³odych talentów to wielki skandal obecnego systemu o¶wiatowego. Proszê pamiêtaæ, ¿e genialni matematycy najwa¿niejsze osi±gniêcia mieli czêsto przed 20. rokiem ¿ycia! Homeschoolersi wykazuj± ogromn± giêtko¶æ w dostosowywaniu przedmiotów nauczania do mo¿liwo¶ci dzieci. Je¿eli dziecko ma uzdolnienia do przedmiotów ¶cis³ych, a rodzic ma stosowne wykszta³cenie, to nauka zaczyna siê szybko kierowaæ w ich stronê. Je¿eli rodzic nie ma odpowiedniego wykszta³cenia, ale zauwa¿y, ¿e dziecko wykazuje takie zainteresowania, stanie na g³owie i znajdzie dla niego mo¿liwo¶ci nauki. Co je¿eli dziecko zainteresowañ ¶cis³ych nie ma? To te¿ dobrze, nie bêdziemy go mêczyæ! Nie ka¿dy musi znaæ wzór na zmianê podstawy logarytmu! Jest jeszcze jeden zarzut w stosunku do homeschoolersów - tylko, ¿e tego przeciwnicy ruchu nie zg³aszaj± otwarcie. Je¿eli chcemy uczyæ dzieci w domu, jedno z rodziców nie mo¿e pracowaæ zawodowo. Na ogó³ jest to matka. Doprowadza to do sza³u ¶rodowiska feministyczne, którym nie mie¶ci siê w g³owie, ¿e mog± istnieæ kobiety dobrowolnie rezygnuj±ce z kariery, aby uczyæ dzieci. W dodatku homeschoolersi wywodz± siê najczê¶ciej z rodzin religijnych. W efekcie jest to ¶rodowisko obyczajowo konserwatywne, politycznie sk³aniaj±ce siê raczej ku partii republikañskiej ni¿ demokratycznej, a to ju¿ naprawdê czerwona p³achta dla dzia³aczy nauczycielskich zwi±zków zawodowych silnie zwi±zanych z demokratami. Z tego powodu administracja szkolna nie pogodzi³a siê do koñca z legalizacj± uczenia w domu i prowadzi nieustaj±c± walkê podjazdow± o to, aby je zdelegalizowaæ i przywróciæ przymus nauczania w szko³ach publicznych. Najnowszym terenem walki jest Kalifornia. W stanie tym uczenie dzieci w domu umo¿liwia kruczek prawny: dzieci wprawdzie musz± chodziæ do szko³y, ale ka¿dy mo¿e j± za³o¿yæ i prowadziæ dla choæby jednego dziecka. Rodzice rejestruj± prywatn± szko³ê, a potem o¶wiadczaj±, ¿e ich dziecko bêdzie siê w niej uczyæ, i ju¿ obowi±zek o¶wiatowy jest spe³niony. Administracja chce to storpedowaæ, wprowadzaj±c przepis, ¿e dzieci owszem, mo¿na uczyæ w domu, ale tylko pod warunkiem, ¿e rodzice zatrudni± do tego na etat nauczyciela z uprawnieniami. Finansowo jest to oczywi¶cie nierealne. I o to chodzi! Hydrze homeschoolerstwa ukrêci siê ³eb. Sprawa jest w toku. Ruch rodziców dzieci programowo nieposy³aj±cych pociech do szkó³ wcale nie jest taki rewolucyjny, jak by siê mog³o wydawaæ. W rzeczywisto¶ci uczenie w domu stanowi³o przez setki lat normê. W XIX wieku wiêkszo¶æ prezydentów USA by³a homeschoolersami. W Polsce szlacheckiej w dworkach dzieci uczy³a „pani matka”, bogatych, których staæ by³o na guwernera, nie by³o wielu. Gdy dzieci podros³y, posy³a³o siê je do miasteczka powiatowego do gimnazjum ze stancj±. Dopiero w wieku XX przyjê³o siê, ¿e edukacja musi odbywaæ siê tylko w szkole publicznej i ¿e pañstwo ma monopol na ustalanie, czego siê w nich bêdzie uczyæ, oraz ¿e ma byæ jeden naród, jedna szko³a, jedno ministerstwo i jeden s³uszny program. Sto lat temu idea, ¿e pañstwo mo¿e ustalaæ, czego mo¿na, a czego nie mo¿na uczyæ w szkole prywatnej, nie mie¶ci³aby siê ludziom w g³owie! Przywo³uj±c s³ynne powiedzenie Kisiela: „Normalno¶æ jako program!”, mo¿emy powtórzyæ: nauka w domu jest czym¶ normalnym, nauka w szkole, czêsto mylona z indoktrynacj±, jest odej¶ciem od normy. Tu widzimy sens decyzji minister £ybackiej, która zakaza³a przyjmowania do szkó³ dzieci ucz±cych siê w trybie indywidualnym. W Polsce istnieje mo¿liwo¶æ uzyskania zgody na zwolnienie dziecka z obowi±zku szkolnego i uczenie w domu. Jest to procedura ¿mudna, k³opotliwa i niewielu siê na ni± decyduje. Uczenie w domu to margines marginesu, ale pierwsze jaskó³ki ju¿ s± i MEN dmucha na zimne. Zakaz przyjmowania do szko³y na czê¶æ zajêæ uczniów ucz±cych siê trybem indywidualnym jest wymierzony w potencjalnych homeschoolersów, bo jeszcze by siê to mog³o przyj±æ i zaczêto by podwa¿aæ sens istnienia MEN. Wracaj±c do USA, pozwolê sobie przypomnieæ historiê, która wydarzy³a siê miêdzy rokiem 1997 a 1999. W Ameryce organizowane s± ogólnokrajowe zawody uczniów w ortografii. W tamtym roku wygra³ je uczeñ bêd±cy homeschoolersem. Nic w tym dziwnego - homeschoolersi podobne konkursy wygrywaj± rutynowo - ale tym razem uczeñ pochodzi³ z rodziny imigrantów z Indii, dla jego matki za¶ - która go uczy³a w domu - jêzyk angielski nie by³ jêzykiem ojczystym. Moja lokalna gazeta wydarzenie to skomentowa³a rysunkiem, na którym dyrektor okrêgu szkolnego mówi do innego szkolnego biurokraty: „Homeschooler z nieangielskojêzycznej rodziny wygra³ konkurs ortograficzny. To dla nas ostatni dzwonek. Musimy w przysz³o¶ci wymy¶liæ przepis, który zaka¿e homeschoolersom startowania w takich konkursach”. Tomasz W³odek Tekst ukaza³ siê w nr. 10/2003 miesiêcznika „W Drodze”. Zamieszczamy za zgod± Autora. Inny tekst Autora | tutaj >>> Miesiêcznik „W Drodze” | tutaj >>> |