wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „Polityka oświatowa państwa nie powinna naruszać terytorium rodziny ”

    - rozmowa z prof. Bogusławem Śliwerskim, specjalistą od edukacji alternatywnej, rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi, kierownikiem Katedry Teorii Wychowania UŁ.



    W jakich formach realizowana jest w Polsce edukacja alternatywna?
        - O pedagogice alternatywnej można mówić wówczas, gdy istnieje wybór między co najmniej dwiema możliwościami w sferze szeroko rozumianego wychowania czy kształcenia. Innymi słowy, pedagogika alternatywna to pedagogika co najmniej dwuwariantowa, niekoniecznie sprowadzona do jednoznacznych i wykluczających się wzajemnie przeciwieństw edukacyjnych typu „albo to - albo tamto”, gdyż może to być pedagogika stwarzająca wybór pomiędzy rożnymi, nie wykluczającymi się ofertami, istniejącymi obok siebie i niezależnie od siebie. Miano alternatywności przypisuje się określonemu już niestandardowemu wobec form dominujących w danym społeczeństwie czy w danej instytucji rozwiązaniu pedagogicznemu (teoretycznemu, ideowemu i/lub praktycznemu), które cechuje jakaś odmienność w stosunku do pozostałych teorii czy praktyk edukacyjnych. Żadna z pedagogii sama w sobie nie jest alternatywna dopóty, dopóki przez kogoś lub przez coś (np. kontekst polityczny, społeczno-prawny, autorytety naukowe) nie zostanie przeciwstawiona jako taka właśnie innym praktykom czy teoriom. Najczęściej ten typ pedagogiki realizowany jest w formie instytucjonalnej, a więc w formie kształcenia, wychowania czy opieki zorganizowanej przez (najczęściej niepubliczną) instytucję, stowarzyszenie lub związek wyznaniowy, a znacznie rzadziej przez osobę, w formie inicjatywy indywidualnej.

    Czy wiele instytucji realizuje w Polsce konkretnie zdefiniowaną przez siebie pedagogikę alternatywną reprezentującą wizję danego pedagoga czy filozofa (np. M. Montessori, R. Steinera)?
        - Przedszkoli i szkół, które wpisują się w typowy także dla analogicznych placówek na całym świecie model kształcenia i wychowania alternatywnego a odwołujących się do pedagogii Marii Montessori czy Rudolfa Steinera jest niewiele. Są one rozproszone, najczęściej otwiera się je w wielkich miastach lub na ich obrzeżach. Nie ma w naszym kraju ani tradycji, ani szczególnego „kultu” tych pedagogii, choć jeśli już są realizowane, to z wielką kulturą i autentycznym zaangażowaniem polskich nauczycieli. Silniejsze jest w naszym kraju środowisko pedagogów montessoriańskich niż steinerowskich, ale jest to spowodowane głównie względami wyznaniowymi, gdyż pedagogika M. Montessori jest silniej akceptowana przez Kościół Katolicki. W pedagogice R. Steinera dostrzega się, niesłusznie - jeśli brać pod uwagę jej zmodernizowany i uwolniony od okultyzmu - sprzeczność tego modelu wychowania z duchem chrześcijańskim. Dlatego też tak trudno jest pedagogom steinerowskim realizować swój, jakże przecież głęboko humanistyczny i holistyczny model kształcenia i wychowania. Nie przyjęła się natomiast w Polsce pedagogika Planu Jenajskiego, która ma np. w Czechach swój znakomity renesans czy pedagogika antyautorytarna Aleksandra Neilla. Była próba realizowania w Łodzi na początku lat 90. liceum opartego na ideach Summerhill, ale po trzech latach ministerstwo edukacji, na wniosek lewicowych władz oświatowych w kuratorium, zablokowało jego wdrażanie w szkole publicznej mimo sprawowania opieki naukowej przeze mnie jako pracownika Uniwersytetu Łódzkiego i mimo bardzo dobrych efektów pracy pedagogicznej w tej placówce. Natomiast powiódł się wdrażany przeze mnie w edukacji wczesnoszkolnej eksperyment z pedagogiką emancypacyjną, który został bardzo szeroko opisany w moich książkach: „Edukacja w wolności”, „Wyspy oporu edukacyjnego”, „Edukacja autorska” i „Edukacja pod prąd”.

    Czy edukacja domowa jest dla Pana formą edukacji alternatywnej?
        - Naturalnie, edukacja domowa jest klasycznym przykładem rozwiązania alternatywnego w obszarze edukacji, a ściślej stanowi odmienną, alternatywną właśnie formę realizacji obowiązku szkolnego, której "organem prowadzącym" są rodzice lub prawni opiekunowie dziecka w wieku przed- i szkolnym, zaś dla której organem nadzorującym staje się oprócz w/w rodziców także dyrektor szkoły rejonowej lub szkoły mającej w swoim rejestrze dziecko realizujące w tej formie obowiązek szkolny.
        Edukacja domowa bazuje m.in. na: zastąpieniu specjalistycznego wykształcenia rodziców, jako organizatorów procesu uczenia się, silną więzią emocjonalną z dzieckiem, naturalnym rozpoznaniu jego możliwości rozwojowych, zainteresowań i potrzeb edukacyjnych, udostępnieniu interaktywnych źródeł zdobywania wiedzy (media, Internet), położeniu silnego nacisku na samokształcenie i samodyscyplinę, wzmocnieniu poczucia własnej wartości dziecka, podmiotowemu podejściu do niego i na rzeczywistym dialogu z dzieckiem.

    Czy sytuacja, w której rodzice, może nawet bez wykształcenia pedagogicznego, czy dyplomu studiów wyższych (to akurat zdarza się w Polsce bardzo rzadko) będą sami uczyć własne dzieci, powoduje jakieś zagrożenia?
        - Wykształcenie rodziców czy prawnych opiekunów dziecka nie jest bezpośrednim czynnikiem zagrażającym realizacji w edukacji domowej powyższego obowiązku. W tej formie mogą kształcić własne dzieci także rodzice mający nawet podstawowe wykształcenie. Poziom wykształcenia rodziców nie może być czynnikiem rozstrzygającym o ich prawie do zabezpieczenia edukacji własnemu dziecku, a tym bardziej już nie można żądać od rodziców posiadania kwalifikacji pedagogicznych czy nauczycielskich, gdyż istotą tej formy edukacji jest właśnie poszanowanie naturalnych praw rodziców do właściwego zatroszczenia się o własne dzieci, a to oznacza niekoniecznie z ich wyłącznym udziałem. Tacy rodzice mogą przecież angażować w tę edukację innych nieprofesjonalnych czy profesjonalnych nauczycieli, także rodziców z osobistego kręgu zaufania. Najważniejsze jest to, by dziecko mogło uzyskać wiedzę i umiejętności, dzięki którym będzie mogło kontynuować własną edukację w dowolnym czasie i w dowolnym typie instytucji edukacyjnych. To, kto się przyczyni do ich pozyskania musi być całkowicie pozostawione decyzyjności rodziców. To rodzice są pierwszymi i jedynymi naturalnymi „właścicielami” praw ich dziecka do rozwoju, w tym do jego jak najlepszej edukacji.

    Czy poparłby Pan proponowaną przez środowisko edukacji domowej formę egzaminów co trzy lata, zgodną z cyklem edukacyjnym opisanym w podstawie programowej? Czy uważa Pan raczej, że egzaminy powinny być ustalane tak często, jak sobie tego życzy osoba wydająca zgodę na edukację domową?
        - Jestem zdecydowanym zwolennikiem regulowania procesu weryfikującego osiągnięcia edukacyjne dziecka zgodnie z istniejącym w naszej, powszechnej edukacji 3-letnim rytmem, a więc po etapie trzyletniego cyklu kształcenia zintegrowanego, na poziomie sprawdzianu po szkole podstawowej, na poziomie egzaminu gimnazjalnego i maturalnego. Wprowadzone w naszym kraju egzaminy państwowe, zewnętrzne są najlepszym gwarantem niezależnego i kompetentnego potwierdzenia sprawności edukacyjnej dzieci i młodzieży uczącej się w domu. W wyniku edukacji domowej rodzice mogliby sami decydować, w którym momencie ich dziecko miałoby przystąpić do powyższych egzaminów. Ta forma edukacji stwarza najkorzystniejsze warunki do indywidualizacji, a tym samym i wcześniejszego nawet wywiązania się ucznia z obowiązujących go na danym poziomie standardów wykształcenia.

    Czy edukacja powinna być w ogóle objęta obowiązkiem?
        - Zależy, jak rozumianym obowiązkiem. W moim przekonaniu korzystne jest, gdy ten obowiązek dotyczy państwa, a nie jego obywateli, tak jak ma to miejsce w Danii. Wówczas to władze publiczne są zobowiązane do stworzenia jak najkorzystniejszych warunków, rozwiązań do uczenia się przez dzieci i młodzież, zaś obywatele mogą egzekwować jakość usług, które są przecież finansowane z ich podatków.

    Czy to dobrze, że władza (po raz kolejny i zapewne nie ostatni) obniża wiek przystąpienia do realizacji przymusu szkolnego?
        - Gdyby obowiązek edukacyjny spoczywał na władzy, to rodzice wraz ze swoimi pociechami mogliby sami decydować, kiedy, w jakim okresie życia nie tyle organizować im edukację, gdyż ta rozpoczyna się już wraz z przyjściem dziecka na świat, ale w jakim momencie zgłaszać dziecko do egzaminu zewnętrznego. Obniżanie wieku przymusu szkolnego wiąże się z polityką oświatową państwa, a ta w żadnej mierze nie powinna naruszać terytorium rodziny zainteresowanej wyłącznością zatroszczenia się o swoje dziecko.

    Czy w Polsce potrzebne jest w ogóle Ministerstwo Edukacji?
        - Jest potrzebna instytucja profesjonalistów, menedżerów i prawników oświatowych sprawnie lobbująca na rzecz właściwych rozwiązań prawnych w i dla edukacji oraz zarządzająca środkami publicznymi. Natomiast zupełnie nie jest potrzebna "czapa ideologiczna" składająca się z kilkudziesięciu urzędników, najczęściej dublujących role regionalnego nadzoru pedagogicznego, a troszczących się o wpływy światopoglądowe partii politycznych, które wyniosły ich do tych stanowisk. Nie jest zatem potrzebne ministerstwo edukacji rozumiane jako nadzór ideologiczno-polityczny. Od tego są standardy kształcenia, obowiązujące w kraju podstawy programowe, by nie został w toku edukacji naruszony interes wartości narodowych.

    W jaki sposób uniezależnić instytucję złożoną z profesjonalistów od nacisków władzy? A z drugiej strony jak uniknąć sytuacji, w której grupa takich profesjonalistów zacznie forsować własną ideologię?
        - Taka instytucja musiałaby być poddana kontroli parlamentarnej i rozliczana przez Sejm RP. Wówczas musiałaby troszczyć się o dobro wszystkich dzieci w tym kraju, a nie o zabezpieczanie ideowych interesów zwycięskiej partii politycznej. Wymagałoby to jednakże dodatkowo uniezależnienia się środowiska nauczycielskiego od władz państwowych i oświatowych poprzez powołanie samorządu zawodowego nauczycieli. Dzięki temu nastąpiłoby odcięcie od wpływów politycznych także oświatowych związków zawodowych, które przecież realizują tożsamą ideologię polityczną co adekwatna do nich partia polityczna. Jak jest u władzy partia konserwatywna, to natychmiast w opozycji do niej jest środowisko ZNP, a jak u władzy jest lewica, to uruchamia swoje struktury działań opozycyjnych Sekcja Oświatowa NSZZ „Solidarności”. Te gry i manipulacje się nigdy nie skończą, jeśli nauczycielstwo jako jednolite środowisko zawodowe, profesjonalne właśnie nie stworzy własnej korporacji i nie zacznie stawiać władzy żądań, których charakter musiałby wynikać tylko i wyłącznie z możliwości jak najefektywniejszego realizowania przesłań własnej profesji, a nie angażowania się w politykę i grę o władzę. W Polsce niestety nadal obowiązuje model aktywności związkowej jako trampoliny do kariery politycznej, w tym także państwowej, stąd troska o jakość edukacji jest wybiórcza i politycznie kadencyjna.

    Czy popiera Pan rozdział szkolnictwa od państwa?
        - Nie rozumiem w tym przypadku, o jaki rozdział Pani chodzi?

    W takim razie zapytam inaczej: czy muszą istnieć szkoły publiczne?
        - Nie muszą istnieć szkoły publiczne, o ile władze publiczne - jak ma to miejsce w niektórych krajach także Unii Europejskiej - zapewnią odpowiednimi regulacjami prawnymi bezpłatny dostęp do edukacji wszystkim dzieciom i młodzieży aż do poziomu szkoły wyższej, bez względu na status społeczny i materialny ich rodzin. Dostęp do edukacji, do szkół jest dorobkiem cywilizacyjnym i kulturowym, także narodowym, który nie może być tylko dla nielicznych. Dlatego państwo może realizować tę publiczną misję poprzez struktury szkolnictwa publicznego, jak i /lub tylko szkolnictwa niepublicznego. Nie ma tu żadnego znaczenia, kto jest organem prowadzącym szkoły. Ważne jest bowiem to, by wszyscy mieli do nich dostęp i na dodatek, by zatroszczono się o możliwości wspomagania w tych placówkach najsłabszych! Szkoły mają włączać dzieci i młodzież w symboliczną i materialną kulturę tego świata, a nie z niej wykluczać. Tymczasem dzisiaj mamy 99,9% szkół publicznych w Polsce, w których w zdecydowanej większości dochodzi do wykluczania części uczniów z procesu edukacji i własnego rozwoju, i to za pieniądze podatników. Niestety, mamy coraz więcej dowodów w formie wyników badań empirycznych na to, iż szkoły w wielu obszarach stają się także źródłem niesprawiedliwości społecznej, nietolerancji, krzewienia agresji i przemocy, i to nie tej wynikającej z procesów rozwojowych dzieci i młodzieży, ale realizowanej przez nieudolną część środowiska nauczycielskiego. Mamy ponad 30% nauczycieli totalnie wypalonych w zawodzie, nienawidzących miejsc pracy i tych, którym powinni służyć swoją wiedzą oraz troską. Cóż to zatem za przywilej społeczny i kulturowy uczęszczać do szkoły, w której trafiają się i tacy nauczyciele? To właśnie z takich powodów głównie znikoma część rodziców usiłuje edukować własne dzieci w domu lub poszukuje dla nich szkół niepublicznych.

    Uczestniczy Pan w wielu różnych konferencjach pedagogicznych. Czy przedstawiciele władzy korzystają w jakiś wymierny sposób z takich konferencji? Czy są na nie zapraszani?
        - Władze oświatowe - zarówno centralne, jak i terenowe zapraszane są regularnie przez organizatorów naukowych konferencji pedagogicznych, ale osobiście nie doświadczyłem, by - jeśli nawet wzięły w nich udział - wytrwały dłużej niż wynikało to z oficjalnej, uroczystej części otwarcia obrad. Przykładowo, na odbywający się VI Ogólnopolski Zjazd Pedagogiczny w Lublinie, jaki miał miejsce we wrześniu br., przyjechał jeden z podsekretarzy stanu, wiceminister edukacji pod koniec obrad drugiego dnia i tylko po to, by wykorzystać trwającą wówczas w kraju kampanię przedwyborczą do poinformowania zebranych naukowców, że wprawdzie był w rządzie PiS-u, ale z tą partią nie miał nic wspólnego. Kilkakrotnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat Komitet Nauk Pedagogicznych PAN zapraszał na swoje posiedzenie kilku ministrów edukacji, by przedyskutować zgłaszane przez nich publicznie projekty reform edukacyjnych, ale żaden nie wytrwał dłużej niż 2 godziny, najczęściej zasłaniając się licznymi obowiązkami i napiętym kalendarzem spotkań ze związkowcami. Nie mogę jednak twierdzić, że przedstawiciele władzy nie korzystają z materiałów pokonferencyjnych, czy z publikacji naukowych naszego środowiska na temat edukacji czy szeroko pojmowanej oświaty. Mam nadzieję, że jednak coś czytają i podnoszą swoje kwalifikacje.

    Od lat współpracuje Pan z władzą jako ekspert. Jak ocenia Pan realne korzystanie rodziców z dwóch praw konstytucyjnych:
    - z prawa do wychowania dziecka zgodnie z własnymi przekonaniami, z uwzględnieniem wolności jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania,
    - oraz prawa wolności wyboru rodziców szkół innych niż publiczne?


        - Nie jestem dla władz oświatowych ekspertem, a w każdym razie nigdy do tej roli ministerstwo edukacji narodowej mnie nie zapraszało, co wcale nie musi oznaczać, że moje dotychczasowe publikacje naukowe, w tym dwukrotnie przyznawane mi nagrody ministra edukacji za książki poświęcone pedagogice szkolnej, nie są traktowane przez władze jako eksperckie. Dopiero przed miesiącem otrzymałem zaproszenie z MEN do wyrażenia opinii na temat projektowanej nowelizacji ustawy o systemie oświaty w kwestiach obejmujących edukację domową. Niestety, nie mam informacji zwrotnej, czy w ogóle dotarła i czy będzie wzięta pod uwagę.

        Jeśli chodzi o prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z własnymi przekonaniami, z uwzględnieniem wolności jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania, to jest ono w Polsce respektowane przez sam fakt istnienia alternatywnych form i modeli alternatywnego kształcenia. W szkolnictwie publicznym prawo to jest jednak łamane adekwatnie do wprowadzanej przez zmieniającą się po każdych wyborach parlamentarnych władzę w resorcie edukacji, a tym samym także w nadzorze terenowym (wymiana kuratorów oświaty) w wyniku narzucanej nauczycielom poprawności politycznej (np. wypowiedzi władz ministerstwa edukacji w latach 2006-2007 na temat teorii ewolucji, wychowania do życia w rodzinie, w tym wychowania seksualnego i wychowania w tolerancji).

        Natomiast prawo wolności wyboru rodziców szkół innych niż publiczne jest w pełni respektowane w naszym kraju. Jedyny problem to woluntaryzm niektórych dyrektorów szkół pozbawiający prawa rodziców do edukacji domowej.

    Dziękuję za rozmowę.




    Rozmawiała: Natalia Dueholm

    Warto zajrzeć:
  • http://www.sliwerski-pedagog.blogspot.com/
  • http://www.sliwerski.osoba.pl/




  • skocz do góry